"DAMY WAM MAGICZNĄ RÓŻDŻKĘ" – o oczekiwaniach uczestników kursów i roli "techniki".

Ten post został opublikowany kilka dni temu na blogu oficjalnej strony IMTA w języku angielskim.
Pojawiły się jednak sygnały, aby udostępnić go także polskim czytelnikom, więc wychodzimy naprzeciw tym prośbom 🙂

 

Jako świeży asystent IMTA, wciąż znacznie bliższa kursantom niż instruktorom, mam okazję obserwować proces nauczania i uczenia „od drugiej strony”. A to bywa dla mnie często intrygujące, fascynujące, a często bardzo zaskakujące! Niektórzy nauczyciele mówią mi: „Szybko do tego przywykniesz.” … ale zanim tak się stanie, chciałabym podzielić się z Wami moimi obserwacjami i przemyśleniami. Tym razem o oczekiwaniach niektórych uczestników kursów i o tym, czym dla nich jest „technika”.
W ostatnim czasie słyszałam głosy mówiące: „Chcemy więcej technik!” lub „Za dużo powtórek.” …co daje mi trochę do myślenia… Więc może będzie to najzwyczajniej uczciwe, jeśli tu o tym napiszę. Może też dzięki temu wszyscy unikniemy pewnych zaskoczeń, a nawet frustracji w przyszłości 🙂

 …który kurs wybrać?…

 

Nie trzeba nawet wspominać, że czytanie literatury i uczestnictwo w kursach dla nas, fizjoterapeutów, nie jest przywilejem. To nasz obowiązek, aby trzymać rękę na pulsie!
W obecnych czasach na rynku są tysiące różnorodnych kursów, spośród których możemy wybierać. Niełatwe zadanie znaleźć ten najlepszy dla Ciebie! Załóżmy jednak, że w przyszłości widzisz siebie w obszarze terapii manualnej. Extra! Dobry wybór 😉 Teraz musisz tylko zastanowić się, jak tam dotrzesz…

—Bądź jak David Copperfield!

 

Przekopujesz się więc przez oszałamiającą masę nazw kursów: niektóre są bardziej znane, inne bardziej „wyszukane”, „naukowe”, a nawet egzotyczne! (Słyszeliście o T.R.E.?;)
Większość z nich powie Wam, że ich technikami zmieniacie pozycję, długość lub swobodę ruchu określonej struktury. Będą one odnosić i ograniczać ogromne efekty terapii manualnej tylko do tych czynników, ignorując ich efekt na centralny i obwodowy układ nerwowy, pomijając także całą resztę innych, niespecyficznych zjawisk, które wywołuje terapia manualna.
Co gorsze – większość kursów powie Tobie, że ich metoda jest bez porównania lepsza od wszystkich innych, i zapewni, że będziesz cholernie wyjątkowy, jeśli wybierzesz właśnie ich. Obiecają dać Tobie „magiczne narzędzia”, potem pokażą coś, czego nie masz szansy zrozumieć, ale szybko przytakniesz, że załapałeś, aby nie wypaść głupio przed innymi (którzy swoją drogą też nic nie załapali!) i przed samym sobą. To nieco żenujące, kiedy musisz przyznać, że właśnie wyrzuciłeś parę stów, czy nawet tysięcy, i najzwyczajniej dałeś się oszukać… Nieprawdaż?

Jak chcesz zobaczyć magiczne sztuczki, to lepiej idź na występ Davida Copperfield’a.

I zapamiętaj – terapia manualna jest bezdyskusyjnie efektywna, ale „techniki” są przeceniane!
Czy nie jestem aby nazbyt kontrowersyjna mówiąc to w chwili, kiedy dopiero co przyłączyłam się do IMTA?! Ani trochę! 🙂

—Co to jest terapia manualna?

 

Sama nie cierpię definicji, ale tej nie powinniśmy pominąć dla pełnego zrozumienia w dalszej części.

„Ortopedyczna Terapia Manualna jest wyspecjalizowanym działem fizjoterapii, zajmującym się zagadnieniami nerwowo-mięśniowo-szkieletowymi, opierającym się na wnioskowaniu klinicznym, używającym bardzo specyficznego podejścia terapeutycznego, jak techniki manualne i ćwiczenia terapeutyczne; (…) obejmuje także i kieruje się dostępnymi dowodami naukowymi i klinicznymi oraz bio-psycho-społecznym modelem każdego indywidualnego pacjenta.” (IFOMPT 2004)

—Czemu robię to, co robię?

 

Bez cienia wątpliwości – ludzki dotyk jest potężnym narzędziem. Łagodzi ból – zarówno fizyczny, jak i emocjonalny. I pomimo, że jest to tylko jedno z wielu narzędzi w naszym warsztacie, jest to narzędzie, po które często sięgamy. Ale kiedy i jak go używać?

Zanim rozpoczęłam swoją przygodę z terapią manualną, miałam już na swoim koncie kilka lat doświadczenia zawodowego i naprawdę wiele różnych kursów. Niezliczone godziny spędzone na nauce (czytaj: brak urlopów) i wszystkie zarobione pieniądze – wydane na szkolenia (czytaj: brak samochodu). Znałam takie i siakie techniki, ale wciąż jakoś nie byłam usatysfakcjonowana, bo nie wiedziałam za bardzo kiedy ich użyć, ani jak w ogóle powinny działać!!!
Możecie sobie łatwo wyobrazić, jak się czułam. Lama w czystym wydaniu. Czy serio jestem aż TAKA głupia?!
Bez cienia nadziei, zdecydowałam dać sobie jeszcze jedną szansę. Dużo pytałam, dużo czytałam, aż znalazłam bardzo mądre zdanie:

„Pomysł uczenia samych technik i stosowania ich niemal ‚na oślep’ jest całkowicie nieodpowiedni.” (Maitland, 1970)

W tamtych czasach w Polsce na miejsce na kursie Maitland trzeba było czekać prawie rok. Jednak miałam przeczucie, że jest to moja ostatnia deska ratunku. Obiecałam sobie, że jeśli to nie zadziała, już nigdy nie zrobię żadnego kursu i pójdę do pracy do salonu piękności jako masażystka.

Zmusiłam się sama, aby zaufać instruktorom po raz ostatni i pozwolić im poprowadzić się przez kolejne fazy. Oczywiście – zaczęli przede wszystkim od technik. No wspaniale! Choć właściwie potrzeba takiej zachęty dla uczestników – aby uwierzyli we własne ręce. Później jednak powiedzieli nam, że „technika jest owocem pomysłowości” (ponownie – słowa samego Maitlanda:), a niemal każda z nich może być dostosowana do indywidualnej sytuacji! Pobudzali nas do kreatywności!

Przypomnijcie sobie teraz, jak na studiach uczyli Was masażu – podstawowe ruchy: rozcieranie, ugniatanie, oklepywanie, wibracje; zawsze w określonej kolejności; zawsze w tych samych kierunkach itd. Ale kiedy zacząłeś wypróbowywać to na pacjentach, nabierałeś doświadczenie, zacząłeś eksperymentować bardziej i bardziej, aż w końcu zdałeś sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma aż takiego znaczenia, w jaki sposób głaskałeś, wałkowałeś czy piłowałeś. Najzwyczajniej dopasowałeś wyuczony schemat do własnych potrzeb. Czy oznacza to, że to tego czasu nie robiłeś już prawidłowego masażu?!

Wyjściowy schemat jest zawsze niezbędny, aby mieć punkt zaczepienia, na którym można budować i doskonalić, a także przechodzić z niego do poziomów bardziej „zaawansowanych”; w terapii manualnej niech będą to np. manipulacje kręgosłupa.

—„Strzeliłam z szyi Cyrus’a!”

 

O tak, manipulacje… Dla większości ludzi terapia manualna, to „strzelanie z kości”. Możecie sobie wyobrazić, jaka byłam szczęśliwa, kiedy po raz pierwszy w życiu udało mi się zmanipulować mojego partnera na kursie. Skakałam w koło i darłam się jak opętana: „Strzeliłam z szyi Cyrus’a!” Niestety, była to może jedna z dwóch, trzech manipulacji, którą zrobiłam prawidłowo przez cały kurs! Cóż, nie jest to proste. Dopiero miałam zrozumieć, że potrzeba do tego lat i cholernie dużo praktyki. Żaden kurs nie poda Wam tego na tacy. Jednakże, najważniejszą rzeczą, jaką nauczyłam się wówczas o manipulacjach, nie była wcale ich technika, ale prawdziwy mechanizm ich działania (przedtem myślałam, że jest to czysta biomechanika! …a oni spuścili bombę atomową na moje wierzenia), a także świadomość istnienia i identyfikacja pacjentów z grupy ryzyka, czyli zasadniczo – kiedy o manipulacjach w ogóle zapomnieć.

Pewnie, dla wielu z nas, terapeutów, manipulacje są sexy! Grrrrrr… Jednak dla naszych pacjentów (a przecież to o nich tu chodzi!) nie musi być to wcale sexy, ale ma być pomocne. A manipulacje pomogą tylko małej ich grupie. Dla pozostałych trzeba będzie wybrać inną ‚zabójczą broń’ z naszego arsenału;)

—Nie tylko techniki!

 

Więc tak, zaczęliśmy od technik, ale zaraz obok pokazania nam, co możemy zrobić naszymi rękoma, uczyli nas jak używać głowy! Innymi słowami, instruktorzy stopniowo wypuszczali nas z płytkich bezpiecznych wód prostych technik, na głęboki i bezkresny ocean wnioskowania klinicznego, czy zrozumienia samego zjawiska bólu. I tutaj właściwie zaczyna się cała zabawa!!!

Im dalej idziesz z programem IMTA, tym mniej staje się on techniczny, ale tym bardziej ekscytujący!
Zaczynasz zauważać, że mając podstawowe narzędzia i całą wiedzę dookoła nich, potrafisz stworzyć własne techniki. I nagle masz ich miliony! (Potrzeba Ci więcej?;) Jednak w tym samym czasie uświadamiasz sobie, że istnieje cała grupa pacjentów, którzy wcale Twoich rąk nie potrzebują; pacjentów, którym nie pomoże ‚najlepsza technika’!!! Ale czy jest to problem? Ani trochę! Ponieważ teraz wiesz już, jak z powodzeniem ogarnąć niemal każdą sytuację. Nie pracujesz już tylko swoimi rękami, a przede wszystkim głową!

—„Zbyt dużo powtórek.” Hmmm…doprawdy?

 

Oczywiście, niemal w każdej grupie są wybitne jednostki, ale zazwyczaj ci, którzy narzekają najbardziej na „marnowanie czasu” na powtórki umiejętności praktycznych, wypadają bardzo przeciętnie na egzaminach.
Pewnie, że możemy pokazać każdą rzecz raz i szybko przejść do następnej i następnej. Zastanawiam się tylko, jak wyglądałoby to pod koniec kursu… 80% stracone? A może i więcej? By mieć pewność, że kursanci mają chociażby mgliste pojęcie na temat techniki, musimy powtarzać i sprawdzać. Po co?

Tylko bezpieczna i pewna podstawowa technika pozwala na późniejszą wirtuozerię!
Przed przystąpieniem do manipulacji byłoby uczciwym (chociażby względem partnerów na kursie;), nauczyć się przyzwoicie PPPIVMs-ów (z własnego przykładu wiem, że to wciąż dramat, nawet po poziomie 2a!)
Często podczas części praktycznych, kursanci są tak bardzo skupieni na wykonaniu techniki, że nie zdają sobie sprawy, iż mają niemal śmiertelny chwyt. Dobrze więc popracować nad miękkimi rękoma i luźnym chwytem. Trening czyni mistrza, ale trzeba najpierw trenować 😉

—Wciąż głodny?

 

Są też uczestnicy kursów, którzy pytają nas: „Co mogę zrobić w dodatku do Maitlanda?”
Cóż, nie ma tu prostej odpowiedzi. Zależy to przede wszystkim od indywidualnych preferencji i rodzaju pacjentów, z którymi pracują.
Jesteśmy dumni, dając Wam najzwyczajnej najlepsze, co można dać – bardzo aktualny i wszechstronny program. Ale oczywiście, nie możemy pokazać wszystkiego!
Dlatego wspominamy o badaniach naukowych, oferujemy materiały źródłowe tym, którzy chcą jeszcze głębszego zrozumienia. Zachęcamy kursantów aby czytali więcej, znacznie więcej; o bólu, neurofizjologii, ludzkich zachowaniach…

Ale dla tych uczestników, co są w gorącej wodzie kąpani i chcą wszystko na raz, też mam dobrą wiadomość:
Właściwie, to mamy dla Was magiczne narzędzie – Wnioskowanie Kliniczne!

O to chodzi. Najpierw uporządkuj swoje rozumowanie, a dopiero potem, jeśli wciąż potrzebujesz więcej, rób dodatkowe kursy (my też je robimy!).
Nawet jeśli są czysto techniczne, nawet jeśli to Flossing czy Igły (nasi koledzy wrzucili bardzo ciekawe posty na ten temat jakiś czas temu na oficjalnym blogu IMTA), nawet jeśli jest to jakakolwiek inna kosmiczna metoda – wszystkie mają potencjał, aby zadziałać! Ale tylko, gdy będziesz je stosował, pozostając uczciwym i szczerym względem swoich pacjentów i siebie samego.

—Obietnice….

 

Nie jesteśmy politykami, więc nie musimy nic obiecywać, np. że po naszych kursach będziesz wbiegał na boisko, by ratować kostkę Christiano Ronaldo. Nie powiemy też, że damy Ci lecznicze super-moce, które oferuje Tobie wielu samozwańczych „guru” fizjoterapii, którzy sprzedają swoje fantazyjne metody i dzikie obietnice dla własnego profitu, a nie dobra waszych pacjentów.
Nie ogłosimy też, że z nami nauczysz się nowego języka w tydzień. Choć właściwie to, czego uczymy, jest tak naprawdę nowym językiem Twojej interakcji z pacjentem!
Być w stanie nawiązać więź, zaufanie, rozluźnić, zapewnić i uspokoić pacjenta, nie jest umiejętnością, która spada z nieba. A właśnie to, w połączeniu z pewnym, przyjemnym handlingiem odróżnia dobrego terapeutę manualnego od tego wyjątkowego! Wcale nie żadne umiejętności Jedi.

Tak jak w życiu zazwyczaj bywa, nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, ale robimy wszystko, by tych zadowolonych
było jak najwięcej. I to działa!!!
Jak mogliście wywnioskować z tego, co napisałam, obecnie nie głaskam pleców szykownych pań w salonie piękności, ale mam własne gabinety z zadowolonymi pacjentami oraz mam zaszczyt być asystentem IMTA 🙂

 

A tym z Was, którzy wciąż szukają magicznej różdżki – życzę powodzenia!

Daria 🙂